Maj 22, 2017 / Autor: Kinga Aneta Sroczyńska

22 maja 2017 – ta data to cios dla polskiego świata muzyki. W tym dniu w wyniku wcześniej doznanego udaru mózgu zmarł bowiem w szpitalu w Warszawie lubiany artysta przez duże A, czyli Zbigniew Wodecki. Informacja ta pojawiła się najpierw na jego oficjalniej stronie. Miał 67 lat. Wszystkim będzie nam go bardzo brakowało.

Nigdy nie zapomnimy nieśmiertelnych przebojów, które wykonywał. Wśród nich były m.in. „Chałupy Welcome to”, „Zacznij od Bacha”, „Izolda” czy piosenka z dobranocki dla dzieci: „Pszczółka Maja”.

Wodecki był nie tylko wokalistą. Dał się poznać jako świetny kompozytor i skrzypek; grał też na trąbce i fortepianie. Przez jakiś czas spełniał się dodatkowo jako juror popularnego show „Taniec z gwiazdami”. Skomponował muzykę do przedstawienia pt. „Sonata Belzebuba” według Witkacego, w którym… zagrał główną rolę.

Bez wątpienia był jednym z najbardziej rozpoznawalnych muzyków naszego show-biznesu. Mocny głos, bujna fryzura i okulary – miał niebywale rozpoznawalny image. I dodatkowo pokłady pozytywnej energii, ciepła i humoru.

Zajrzyjmy do jego biografii. Złóżmy mu należny hołd.

Zbigniew Wodecki przyszedł na świat 6 maja 1950 roku. Nie ma jednego konkretnego źródła, co do jego miejsca urodzenia. Raz jest to Kraków, raz Łaziska w gminie Gdów pod Krakowem. Za to pewne jest, iż artysta wychowywał się w uzdolnionej muzycznie rodzinie. Ojciec był pierwszym trębaczem Orkiestry Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie. Z kolei matka Zbyszka śpiewała sopranem koloraturowym. Co więcej, starsza siostra grała na wiolonczeli i była aktorką operową. Nic więc dziwnego, że młody Wodecki szybko zaraził się muzyką poważną. Już w wieku pięciu lat zaczął pobierać naukę gry na skrzypcach.

Choć uczęszczał do liceum, nie należał do prymusów. Często wagarował. Ze szkoły średniej został wydalony. Ale chyba lepiej się stało dla niego, gdyż trafił do zawodowej średniej szkoły muzycznej. To było mu pisane. Wszak tam poznał samego Marka Grechutę, a także Ewę Demarczyk. Pod koniec ostatniego roku w tejże szkole, czyli pod koniec lat 60. Związany z zespołem akompaniującym Ewie Demarczyk (do 1973 roku) koncertował w wielu miejscach na świecie, m.in.: Francji, Belgii, RFN, Hiszpanii, Izraelu, na Kubie i w Australii. Współpracował również z zespołem Anawa. Z nimi nagrał swoją pierwszą płytę.

Warto wspomnieć, że dostał stypendium i miał wyruszyć do Leningradu jako skrzypek. Jednak z tego zrezygnował. Po pierwsze, urodziła się mu córka Joasia, pod drugie czuł, że chce poświęcić się również śpiewaniu. I zaczął to robić zawodowo na początku lat 70. XX wieku. I w sumie o tym zadecydował niezwykły przypadek. Kiedy w Świnoujściu pewnej nocy zanucił utwór pt. „Everybody Loves Somebody”, usłyszał go niejaki Andrzej Wasylewski – człowiek, który w krakowskiej telewizji przygotowywał program „Wieczór bez gwiazdy”. No i poszło… Wodecki wyruszył na podbój serc tysięcy słuchaczy.

W roku 1972 zadebiutował jako wokalista na festiwalu w Opolu. Otrzymał wówczas wyróżnienie za piosenkę pt. „Znajdziesz mnie znowu”. Słowa do niej napisał znany obecnie dziennikarz Wojciech Mann. Już cztery lata później Wodecki wydał swój pierwszy krążek nazwany własnym imieniem i nazwiskiem, czyli „Zbigniew Wodecki”.

Lata 70. to też udane występy w kabarecie Tey z Zenonem Laskowikiem. Z roku na rok Zbyszek stawała się gwiazdą estrady, nagradzaną w Sopocie i poza krajem. Z kolei w latach 80. nagrał słynny do dziś hit pt. „Chałupy Welcome to”. Była to piosenka o polskiej nadmorskiej miejscowości, na której znajduje się plaża pełna nudystów. W wideoklipie faktycznie pojawiły się osoby rozebrane do naga. Ciekawostką jest to, iż był to pierwszy w Polsce teledysk z nagimi kobietami!

W nowym tysiącleciu Wodecki zabłysnął jako juror kilku programów telewizyjnych. Poza wspomnianym „Tańcu z gwiazdami” oceniał innych ludzi również w „Drodze do Gwiazd” i „Twojej Drodze do Gwiazd”. Sprawdził się w tej roli. Był łagodny dla uczestników. Nie znał się zbytnio np. na samym tańcu, ale nie przeszkodziło mu to w obiektywnym wydawaniu werdyktu. Biła od niego pozytywna aura. Czasem coś wytknął, lecz przede wszystkim okazywał sympatię – chwalił i był przy tym dowcipny.

Ostania płyta Zbigniewa Wodeckiego ujrzała światło dzienne w 2015 roku. I był to zaiste niezwykły album. Mowa o „1976: A Space Odyssey”. Nagrał go wraz z grupą Mitch & Mitch Orchestra and Choir. Znalazły się tam nagrania z dwóch koncertów, które miały miejsce 30 kwietnia 2014 w Studiu im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie (z udziałem 43-osobowej orkiestry). Muzycy zagrali wtedy wspólnie piosenki z płyty Wodeckiego z 1976 roku. Warto także nadmienić, że Wodecki zgodził się na udział w ciekawym projekcie „Albo inaczej”, gdzie nestorzy polskiej piosenki zmierzyli się z tekstami kultowych polskich utworów… hiphopowych!

Za ostatni, wspomniany wyżej krążek otrzymał w 2016 roku Fryderyka. Co więcej, statuetka powędrowała do niego również za pochodzący z tej płyty utwór pt. „Rzuć to wszystko, co złe”. Był z tego powodu bardzo szczęśliwy.

Zbigniew Wodecki miał troje dorosłych dzieci – syna oraz dwie córki. Doczekał się też kilkoro wnucząt. Był człowiekiem podchodzącym z dystansem do własnej osoby. Powiedzieć o nim, że był zawodowcem to za mało.

W 2011 roku dostał Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Żegnaj Mistrzu!

Przemysław Jankowski

Źródło zdjęcia: Wikimedia.org/Mateusz Włodarczyk

Źródło: YouTube.com/screenshot